E-book: towar czy usługa? Głos w dyskusji.

Czy e-book może być rzeczą? A jeśli tak – to pod jakimi warunkami? Kilka dni temu nawiązałem w tej kontrowersyjnej kwestii uprzejmą, powiedziałbym nawet – kurtuazyjną 🙂 polemikę z z jednym z Twórców niedawno debiutującego bloga Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy (Ojej, piszę już tak jakbym był co najmniej weteranem blogosfery, a sam jestem de facto początkującym bloggerem z 4-miesięcznym stażem) 🙂

Pan Jarosław Góra w swoim wpisie „Sprzedaż e-booków przez internet – czy konsument może dokonać zwrotu?” zaprezentował stanowisko, że możliwość klasyfikowania transakcji dotyczącej e-booka do kategorii usług jest wątpliwa, przy czym ocena ta mogłaby być inna w hipotetycznej sytuacji, w której e-book podlegałby jedynie udostępnieniu do wglądu, bez możliwości ściągnięcia i zapisania pliku przez konsumenta. Autor uważa, że e-bookowi funkcjonującemu np. w formacie pliku PDF (zwłaszcza jeżeli istnieje możliwość jego ściągnięcia i zapisania w tej postaci na dysku klienta) bliżej do kategorii towaru niż usługi. Miałoby to w Jego ocenie skutkować tym, iż przepisu o ustawowym wyłączeniu prawa odstąpienia przez konsumenta od umowy zawartej na odległość bez podania przyczyny – jeżeli konsument wyraził zgodę na rozpoczęcie świadczenia usługi przed upływem terminu do odstąpienia – nie można stosować do tego zakupu e-booka wprost, a co najwyżej per analogiam.

Nie byłem i nadal nie jestem przekonany do koncepcji e-booka jako towaru. Licząc na konstruktywną i owocną wymianę poglądów (i będąc daleki od jakiejkolwiek naukowej ortodoksji, bo zagadnienie jest w istocie złożone), mniej więcej tak odpowiedziałem w komentarzu do wpisu bloga Kancelarii SZIP:

Wyjdźmy od koniecznego założenia (z racji dychotomicznego podziału na towary i usługi),  że jeżeli otwarcie konsumentowi dostępu do pliku zawierającego e-book nie byłoby usługą – to w sposób konieczny plik z taką zawartością należałoby uznać za towar. E-book jest niczym innym jak utworem w rozumieniu prawa autorskiego, a zatem dobrem niematerialnym. Czy ubranie go w „szaty” pliku PDF, EPUB lub w jeszcze innym formacie wystarcza do uznania e-booka za towar? Czy intuicja prawnicza i oczywiste konotacje związane z na poły prawnym pojęciem towaru (kojarzącym się przede wszystkim z substratem materialnym, fizykalnym), dopuszczają taki zabieg?

Po pierwsze, zajrzyjmy do Dyrektywy 97/7, a dokładniej do punktu 14 preambuły, w którym wspólnotowy prawodawca zwraca uwagę na praktyczny problem, że konsument przy sprzedaży na odległość „nie ma możliwości zobaczenia produktu w rzeczywistości ani upewnienia się co do charakteru usług przed zawarciem umowy”. Można zapytać, co konsument miałby obejrzeć w tzw. realu w przypadku pliku zawierającego e-book? Informatyczny ciąg znaków? Brakuje tutaj tego dającego się dotknąć i zbadać organoleptycznie substratu materialnego.

Po wtóre, dlaczego e-book w formie pliku jedynie udostępnionego do wglądu miałby być usługą, zaś udostępniony w formie dokładnie tego samego pliku dającego się ściągnąć i zapisać  – już towarem? Nie ma tu wystarczającej linii demarkacyjnej, w ujęciu funkcjonalno-terminologicznym.

Teraz pochylmy się na moment nad celem regulacji art. 10 ust. 3 pkt 2 ustawy z 2 marca 200or. o ochronie niektórych praw konsumentów (…), implementującej odnośny przepis dyrektywy PE i Rady 97/7, wykluczającej odstąpienie od umowy zawartej na odległość i dokonanie  zwrotu w przypadku, w którym konsument naruszył już opakowanie zawierające nośnik z danym utworem.  Jak Pan Jarosław Góra zauważył w swoim wpisie,  przepis ten ma na celu m. in. ochronę majątkowych praw autorskich, po to ażeby nie doznały one uszczerbku na skutek nieuprawnionego i nieodpłatnego użytku przez konsumenta w okresie pomiędzy dostawą nośnika a jego zwrotem w ramach odstąpienia, co naruszałoby (zawsze będące prawnikowi w odwodzie) 😉 zasady współżycia społecznego. Jeżeli przyjmiemy takie kryterium celowościowe (konieczność uniknięcia stwarzania okazji do nieodpłatnego użytku i kopiowania utworów)  – nie ma innego wyjścia: musimy uznawać udostępnienie pliku z e-bookiem (tak do wglądu, jak i do ściągnięcia i zapisu na dysku) za usługę, bo tylko wtedy zaktualizuje się prawna możliwość wyłączenia uprawnienia konsumenta do odstąpienia z racji wyrażenia przez niego zgody na rozpoczęcie świadczenia usługi przed upływem okresu do odstąpienia (tzw. cooling  – off period).

Mechanizm z wyłączeniem odstąpienia w przypadku naruszenia opakowania mógłby ewentualnie zadziałać (tu dywaguję na wysokim poziomie abstrakcji) , gdyby istniało coś w rodzaju „opakowania wirtualnego”. Mam tu na myśli mechanizm informatyczny pozwalający zweryfikować czy doszło do otwarcia zawartości pliku. Ale to na dzień dzisiejszy chyba jakieś science fiction 🙂

Była taka kampania społeczna pod hasłem: „Zwierzę nie jest rzeczą” . Im dłużej obserwuję całe to ontologiczno – definicyjne zamieszanie z e-bookiem (towar czy usługa?), to coraz bardziej przekonuję się do pomysłu przeprowadzenia akcji pod hasłem „Plik/e-book nie jest rzeczą” (naturalnie rzeczą w rozumieniu art. 45 k.c.). Skoro nie jest rzeczą – to sam w sobie (bez substratu/ nośnika materialnego) nie jest również  towarem. A skoro tak – udostępnienie pliku do wglądu (czy też nawet ściągnięcia i zapisu na dysku) jest usługą pełną gębą 🙂  – co w mojej opinii skutkuje wyłączeniem prawa odstąpienia przez konsumenta od transakcji zakupu e-booka dokonanej na odległość, bez podania przyczyny – jeżeli konsument wyraził zgodę na rozpoczęcie świadczenia na jego rzecz dostępu do treści e-booka przed upływem terminu do odstąpienia.

 

Śledź odpowiedzi dzięki RSS 2.0
  1. bardzo ciekawy wpis, zmuszający do myslenia. Nie zastanawiałem się, czy pdf jest usługą czy rzeczą… ale bardziej przemawiają do mnie argumenty na tej stronie. Świetny wpis, gratuluję

    pozdrawiam i zapraszam na mój blog

    Grzegorz Furgał
    http://www.furgal.info – blog „prawnicy i social media”

    • Dziękuję za odwiedziny. Tak jak napisałem w samym wpisie – liczę na to, że na forum uda się za jakiś czas wypracować spójną koncepcję na grząskim gruncie „e-book – towar czy usługa?”.
      Myślę, że dwubiegunowość poglądów i ich kulturalna wymiana prowadzona w sposób „być słyszanym i umieć słuchać” jest konstruktywna w każdej dziedzinie. Podobną relację obeserwuję ostatnio (z dobrym i ożywczym skutkiem dla prawniczej blogosfery) pomiędzy blogiem Grzegorza Furgał a blogiem Rafała Chmielewskiego Nota bene, obydwa bardzo wartościowe. Pozdrawiam 🙂

  2. Pingback: Przegląd prasy (05.08.2011) « Prawo i Turystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *